jakiś czas przed świętami pojawił się plan, że ostatnie dwa tygodnie tego roku zostaną spędzone przyjemnie. najpierw więc było oglądanie six feet under i palenie, potem przyszły święta, a z nimi zaczęło się picie - i tak dobrnęłam do ostatniego zakrętu tego roku i na tym ostatnim zakręcie padam na twarz. nie wiem jakim cudem nie rozpadłam się w sobotni wieczór na parkiecie, chociaż po piątkowym przegieciu były na to duże szanse. nie muszę zbyt długo zastanawiać się skąd się u mnie wzięło takie dobijanie wszystkiego do bandy - krótki pobyt u rodziców na święta wystarczył, żeby sobie o tym przypomnieć.
czasem jestem mocna w postanowieniach, ale na dłuższą metę wszysko się nudzi. nawet celibat.
***
ostatni poranek anno domini dwa tysiące siedem, między godziną szóstą a siódmą pięć spędziłam na wygrzebywaniu z pamięci strzępów wydarzeń z ostatniego roku i porównywaniu ich z tymi z poprzedniego. ze zdziwieniem zauważylam niewielkie różnice, ale w sumie nie ma się za bardzo z czego cieszyć. tak naprawdę dobrze widać tylko z dalszej perspektywy, a perspektywa własnej czachy nigdy nie jest daleka.
jak tylko skończyłam pierwszą serię L worda. śniły mi się perypetie bohaterek a zwłaszcza martwy kot jednej z nich - tak się przejęłam, że aż obudziłam się z braku tchu. okazało się, że to mój własny i wcale nie martwy, a udający martwego kot uwalił mi się na piersiach. ..
że joga przewietrzy mi nie tylko ciało, ale nie podejrzewałam, że zadziała tak szybko. stojąc na głowie myślałam o porównaniu mózgu do gąbki płukanej we krwi - jak w jakiejś książce opisywali działanie salamba-sirsasany. sugestia okazała się na tyle skuteczna, że obudziłam się przed budzikiem pełna energii, chociaż obolała. przemek prowadzi zajęcia metodą żołnierską, co mi na razie odpowiada (bo przecież lubię dawać sobie w kość), a kiedy przestanie, przeniosę się do kogoś innego [na przykład do adama, u którego po zajęciach chodziłam parę centymetrów nad ziemią, chociaż obolała okrutnie].
tak to wieczorne wyjście z domu na śnieg z deszczem i dowleczenie się do klubu żeby kupić karnet, zmieniło perspektywę listopada z jesiennie-zamulonego na energetycznie-zajęty.
wróciłam do Kawki murakamiego po kilku tygodniach. miałki jest, choć niektóre obrazy dosyć sugestywne. a, że nic pod tymi sugestywnymi obrazami nie ma - trudno.
próbowałam też ostatnio wrócić do kilku książek które zapamiętałam jako te, które kiedyś mnie zmieniły (gra w klasy, eseje Camusa) - ale z tego nic nie wyszło. nie wiem co sprawia, że niektóre książki (tak samo jak niektórzy ludzie) po latach nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań.
musem - to w najbliższej przyszłości, a na teraz tylko pomidorowo-pomarańczowy sos do makaronu. ale przecież jestem mistrzynią ersatzów. z ostatniego weekendu, oprócz kiepskiego filmu (jak można przetłumaczyć 'music and lyrics' jako 'prosto w serce'?. jakby sam film nie był wystarczająco słaby..) wyniosę nauczkę, że po whiskey rzeczywiście nie ma kaca, nawet po dużych ilościach, ale pod warunkiem, że to jest dobra whiskey.
... poza tym warm november. koty polują na ogłupiałe jesienią muchy. słucham francuskiej muzyki i myślę sobie, że chyba robię się romantyczna na stare lata.
mogę odetchnąć. przez ostatni miesiąc polityka zaprzątała mnie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. pierwszy raz się zdarzyło, że wygrała partia na którą głosowałam. takie cuda to tylko w polsze;). noc wyborcza, która skończyła się długo po wyjściu Clan (bo tak dobrze się oglądało minę kaczora i innych z tej watahy) sprawiła, że dzisiejsze popołudnie sponsoruje litera s jak spanie
skomentuj (2)generalnie nie mam wiele do powiedzenia. jesień mało łaskawa oraz nie mam czasu ni ochoty zastanawiać się nad czymkolwiek poza zaspokajaniem swoich czysto materialnych potrzeb. trygon urana i saturna - ma mi dać czas do stycznia na zrozumienie swoich ograniczeń - tak jakbym nie znała ich wystarczająco dobrze..
skomentuj (1)
fioletowa spódnica z przeceny w mex'ie - 50 zł
czerwona bluzka - z poprzedniej przeceny, jakieś 30 zeta
pomarańczowy szalik - stary, ze dwa lata ma, nie pamiętam za ile ....
....uświadomić sobie w windzie, że to owulacja - BEZCENNE
z mlekiem i miodem - na bolące gardło, zimne noce, niedoleczone przeziębienie, zbyt szybka jazda samochodem, ostatni rzut na taśmę z pracą (deadline na sobotę rano!). środowy plaster miodu (a może po prostu plaster?) na grupie. potrzebuję tego co trwałe i prawdziwe(i wcale nie mam na myśli sofy z ikei;)), a to nieczęsto chodzi w parze. póki co perspektywa środowych wieczorów na najbliższe trzy (z okładem) lata musi wystarczyć.
skomentuj (4)
ambiwalentnie zaczyna się ta jesień. deszczowo i błotnie z jednej, a z drugiej strony... nie wiem do końca.... mam jakieś niejasne przeczucie, że wykluwają sie ważne decyzje, tylko nie wiadomo jeszcze w którą stronę to pójdzie. na razie nic. do snu czytam zizka i jedną część dekalogu kieślowskiego dziennie. czekam na nową PJ. planuję spacery i jogę. chciałabym móc łazić zawsze inną trasą, ale tak się nie da.
no właśnie. w sumie to chciałbym nie naginać się do ani jednego niepotrzebnego kompromisu, a - że wszystko ma swoją cenę - to przecież truizm;)
i jeszcze coś i just want to celebrate another day of livin', co ostatnio kołacze mi się po głowie, chociaż zupełnie nie umiem tego skomentować, anyway, six feet under jest na liście must have, bo nic tak dobrze nie wpływa na moje sny;)
jak zwykle zaskakuje. ostatnio ryknęłam śmiechem w środku nocy:
skoro akceptujemy stosunek seksualny jako ostateczny punkt odniesienia, pojawia się pokusa napisania historii nowożytnej filozofii w tych kategoriach:
- Kartezjusz "Pieprzę więc jestem" czyli tylko w trakcie intensywnego stosunku seksualnego odczuwam pełnię istnienia (...)
- Hume wprowadza tutaj empiryczne wątpienie: skąd możemy wiedzieć, że pieprzenie jako stosunek w ogóle istnieje? istnieją tylko przedmioty, których ruchy wydają się ze sobą skoordynowane
- Kantowska odpowiedź na ten kryzys: "warunki możliwości pieprzenia są takie same jak warunki możliwości pieprzonego obiektu"
(...)
- Hegel: Kluczowe jest aby rozumieć Pieprzenie nie tylko jako Substację (...), ale także jako Podmiot
- Marks: należy powrócić do realnego pieprzenia, a nie do idealistycznego, masturbacyjnego filozofowania, czyli (...) realne, aktualne życie ma się do filozofii tak, jak prawdziwy seks do masturbacji
- Nietzsche: Wola jest w swej skrajnej postaci Wolą Pieprzenia, która kumuluje w Wiecznym Powrocie "chcę więcej", pieprzenia które nigdy się nie kończy
(...)
- wreszcie, wgląd w to jak Istota sama w sobie jest spieprzona, prowadzi nas do Lacanowskiego "stosunek seksualny nie istnieje"
wszystko to dane - a jakże! - w przypisach
ps. (niestety) po raz kolejny znajduję w sobie marksistę ;)
od piątkowego wieczoru - zupełnie jakby wiedzieli, że ich potrzebuję - odzywają się kolejno dawno nie słyszani znajomi. i jak tu nie mieć zaufania do przestrzeni:)
myślę sobie, że to lato kiedyś musi minąć..ursynów nad ranem jest nudny i cichy. żadnych ptaków, żadnych zapachów, żadnych pijaków. tylko taksówki i autobusy.
od jakiegoś czasu - a ten spacer jakoś dobitniej mi to uświadomił - przestałam być obserwatorem. już nie widzę wszystkiego jak filmu. punkt widzenia zmienił się radykalnie, ale nijak nie było w tym moich intencji. mam wszystko w środku i czasem zdaje się, że bez pawia się nie obędzie.
marszowym krokiem z ursynowa nie jest wcale tak daleko. zwłaszcza, że w uszach brzmią jakieś stare teksty
mam to gdzieś
lubię nocą włóczyć się
i jeszcze myśl, że nie będzie żadnego enlightenment, czy to w drodze do domu nad ranem nie wiadomo czy pijana czy trzeźwa jak świnia, szurająca nogawkami za długich spodni, czy na kanapie u clanah w śpiworze rozsuniętym przed snem przez waste, dziwnie swojo jak na spanie poza domem
gdy chcę się napić to piję
a kiedy senna to leżę
świętem radości jest życie
ja w żadne grzechy nie wierzę
od kilku dni zupełnie niewyraźna. nawet koncert cocorosie na który czekałam, nie wpisał sie w ten czas. wszystko zaczęło się w piątek, od jednej rozmowy, która wyciągnęła ze mnie cały warkocz ciemnych myśli. od tamtej pory zdążyły już zblednąć, ale kiedy się pojawiły, ich siła i mój brak dystansu były zaskakujące.. w sobotę, po powrocie od rodziców próbowałam obejrzeć 'jacob's ladder' ale spasowałam przy pierwszej strasznej scenie na stacji metra. ten film nie jest bez związku z moimi ostatnimi lękami. będzie musiał jeszcze poczekać na lepszy czas, albo raczej na plecy zza których będę mogła go obejrzeć.
teraz jest pora oczekiwania. nie pamiętam kiedy ostatnio zdarzało mi się liczyć dni. rude mruczące futro za poduszkę pomaga.
lepiej żeby go nie było
***
She laughs when she's crying
She cries when she's laughing